MFK Łódź 2015

Zamiast komentować po fejsbukach i wrzucać pojedyncze wpisy dotyczące tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi, doszedłem do wniosku, że napiszę coś na gorąco. Jest o czym, mimo że większość imprezy spędziłem na stoisku, a  niektóre jej aspekty kompletnie mnie nie obchodzą.

Wrzesień upłynął, tradycyjnie, pod znakiem komiksowego zapierdolu. Od końcówki sierpnia do początku października narysowałem 50 plansz i nie mogłem się już doczekać wyjazdu. Z deszczu pod rynnę, ale to nie jest sport dla zdrowych psychicznie.

Piątek

W drodze do Łodzi czytałem nowy Secret Service i tytuły z zestawu Valiant Humble Bundle (teraz w sprzedaży są tytuły z ONI Press). Pierwszego NIESTETY nie polecam, drugi niech sprawdzi każdy, kto lubi superbohaterski komiks rozrywkowy.

Podróż minęła bez przeszkód. Razem z ekipą z Warszawy udaliśmy się na Atlas Arenę, żeby sprawdzić jak wygląda kwestia stoisk i, w moim przypadku, zostawić trochę towaru.

image

Rok temu organizatorzy mieli zaledwie miesiąc na przygotowanie wydarzenia w tym obiekcie. Teraz czasu było o wiele więcej, a nie obyło się bez zamieszania i, jak mawia mój Tata, malizny. Tu nie ma tego, tu tego, tam tego. Na szczęście wszystkie problemy były rozwiązywane w przyjaznej atmosferze - emefkowe elfy dwoiły się i troiły, a wystawcy wykazywali się anielską cierpliwością. Nie wiem co bym zrobił na miejscu Tomka Kleszcza, który nie zastał swojego stoiska.

Zwiad zrobiony, pora udać się na Piotrkowską. Tak się pięknie złożyło, że w piątek czekały na mnie wydrukowane Same (wydane przez studio Hard to Forget) oraz Dizaster Mag z moim komiksem. Pięknie. Potem lekki reset przy wrestlingu, musicalach i składaniu wpinkowych zestawów.

Sobota

No i miałem rację z tym Kolejkonem. Długi sznurek mógł robić wrażenie i będzie fajnie wyglądał na zdjęciach, ale stojące w nim osoby były pewnie innego zdania. Jako wystawca wszedłem bez problemu.

Zanim przyjechałem na miejsce odbył się tradycyjny wyścig po numerki.  Dla mnie to mentalna egzotyka i najmniej istotny punkt programu, ale są ludzie gotowi zabić za autograf. Byłoby nudno, gdyby wszyscy mieli takie samo podejście.

image

(foto: Kuba Ryszkiewicz | podcast Powyżej Uszu)

O tym, co działo się na spotkaniach, wystawach i prelekcjach na pewno napiszą odpowiedni ludzie. Ja spędziłem większość czasu na stoisku i nie piszę tego z wyrzutem. Szkoda było “schodzić z posterunku”. Co chwila pojawiał się jakiś stary znajomy albo ktoś zainteresowany moimi tytułami. Nagadałem się, sprzedałem sporo rzeczy (zabrałem za mało Vreckless Vrestlers #3!), poznałem dużo nowych ludzi i nawet dałem kilka rysografów. Dzielący ze mną stoisko Bazgrolle też nie narzekali - handlowo i piarowo można uznać MFK 2014 za bardzo udany.

Wolne chwile poświęciłem na eskapady konsumenckie. O zakupach komiksowych i gastronomii więcej później poniżej.

Francuski Łącznik

Za pośrednictwem fanpejdża MFK ogłoszono konsultacje z Jeanem Christopherem Caurettem. Sympatyczny działacz komiksowy umówił się z chętnymi na spotkania, ale trzeba było go szukać na terenie AA, ponieważ spotkania te nie były autoryzowane przez organizatorów. Odbywały się więc na koronie w jednym z punktów “gastronomicznych”…

na których serwowano syf z biedą.

Fast-food znajdujący się w hali był drogi i niedobry. Dziękuję Ystadowi za uratowanie moich 9 złotych. Ten, widząc że udaję się do nalewaka, bohatersko poczęstował mnie piwem zakupionym tam przed chwilą. Szybciej wydałbym 9 złych na reedycję Żbika. Są lepsze sposoby na zachowanie prohibicji na terenie, niż trucie uczestników imprezy.

Wiem o tym, że w AA jest restauracja (świetnie oznakowana!), dlatego moje uwagi dotyczą tylko jedzenia, które można było kupić “od ręki”. Nie jest to wina organizatorów - to zmora wszystkich dużych obiektów. Operatorzy mają podpisane umowy z firmami z dupy i koniec. Dlatego na Pyrkonie oraz Targach Książki koryto też nie należy do najlepszych. Swoją drogą, jestem bardzo ciekawy czy na zawodach siatkarskich jedzenie i piwo były równie paskudne.

Gala, Cienie i Blaski, Sukcesy i Porażki, Życie na Gorąco

Minęła 18, trzeba więc było zebrać manele i kierować się powoli do Wytwórni. Odpuściłem spotkanie z Alanem Grantem. Słyszałem potem niezbyt pochlebne opinie. O samym spotkaniu, nie scenarzyście. Że głośno, że pytania nijakie. Chętnie sprawdzę jakieś nagrania.

Napisałem to już na swoim fejsie. Entuzjazm, z jakim była prowadzona gala, dorównywał tylko temu, z jakim kibice ŁKSu intonowali przyśpiewki w czasie niedzielnego spotkania ze Świtem Nowy Dwór. “Dooo booojuuu emmmeeefkaaa doo boju emefka dbjumfkyyyyy”. “To ja Pani daję nagrodę”, “O jak miło, to ja Panu też coś dam”. Ej, w tym roku są wybory samorządowe, prawda?

Dzięki nagrodzie za komiksowy album roku, organizatorom skoczył nieco gul. I dobrze, pora sobie uświadomić jak kulawy jest ten system i postarać się o lepszy. Poza tym komiks Łazura jest bardzo dobry, ciekawe ile osób gratulowało zwycięzcy, ale dowiedziało się o tym tytule praktycznie ze sceny.

Sobota zaczęła się od kolejek i na kolejkach się skończyła, bowiem w Wytwórni działały dwa dystrybutory z piwem. Był jeszcze jakiś bar dla vipów, gdzie rzucili się praktycznie wszyscy, ale ja nie jestem vipem ani studentem i chciałem normalnie kupić sobie piwo. Taki ze mnie dżentelmen. Potem zaczęły się tany, ale ja wybrałem angielskie wyjście.

Niektórzy już mówią na mnie “Dziadek” a większość znajomych ma mnie za okrutnego marudę. Nic więc dziwnego, że wygrała perspektywa posiłku i herbatki. Niech poniższe zdjęcia świadczy o tym, w jakim byłem stanie.

image

Chleb + kaszanka (domowej roboty) + wasabi + sos sojowy. I tak lepsze od hot doga “ze wszystkim” (czyt. z musztardą i keczupem).

Niedziela

Ludzie znowu dopisali i znowu kupowali komiksy. Udało mi się nawet sprzedać trochę wydruków z Pizzorem oraz kompletów wpinek. Sam też postanowiłem udać się na zakupy. Miało nie być tego dużo. Razem z tytułami zakupionymi i wspartymi wcześniej, zebrała się całkiem przyzwoity pakiet. To zabrzmi jak laurka wystawiona scenie komiksowej, ale wydawcy w tym roku naprawdę stanęli na wysokości zadania.

Róbcie swoje i nie zwracajcie uwagi na sraczkę typu “ej, a na stoisku Gildii jest 2 złote taniej” (słyszałem na własne uszy) albo “o boże boże kupię oryginał”.

Kupiłem nawet mangę. Berserk to pięknie zilustrowana młócka najwyższej klasy. Strzały w oczach, przecinanie ludzi na pół. Inspirujące. Ukłony dla JPF za ten tytuł. Za to za Atak Tytanów rózga. Nie wiedziałem, że mainstreamowa manga może być tak źle narysowana. Na szczęście ten tytuł dostałem (dzięki Przemek, NAPRAWDĘ DZIĘKI).

image

…………i Gier

Wprawne, trzeźwe oko zauważyło pewnie, że z uporem unikam umieszczania literek “iG” w nazwie skrótowej festiwalu. Dlaczego? Bo przy całej mojej sympatii do tej gałęzi rozrywki uważam, że gry video, szczególnie w wydaniu turniejowym, nie są tam potrzebne. No cóż, trzeba jakoś tego molocha wypełnić. Wracający ze mną w przedziale zawodnicy Counter Strike’a nie wiedzieli zupełnie nic o części komiksowej. Vice versa. Dowiedziałem się od nich o hakerze sabotującym zawody (serio!). Oddzielne światy, osobni organizatorzy (?), nie słyszałem też ani słowa o grach na sobotniej Gali.

Na koniec

Podobało mi się. Wszystkie spotkania i rozmowy dały mi kopa. Towarzysko było pięknie, nawet jeśli przegapiłem tańce i popijawy. Pal licho niedociągnięcia. Mogę sobie ponarzekać, ale prawda jest taka, że z tymi ludźmi mogę się spotkać nawet na dworcu w Dąbrowie Górniczej i będę się bawił przednio.

Usłyszałem tyle dobrych rzeczy na temat swojej pracy, że zaczynam węszyć jakiś spisek. Poza tym udało się ustalić dużo rzeczy na temat innych komiksowych imprez, ale o tym dowiecie się więcej z właściwych źródeł.

Chciałbym pozdrowić wszystkich, w związku z czym pozdrawiam wszystkich! Za rok widzimy się znowu. Tym razem, na 99%, nie pojawię się z mandżurem. I może wtedy napiszę o czymś więcej niż stoisku i chujowych hot dogach.

Poniżej piękne zeszyty kupione za śmieszne pieniądze u nieocenionego Kuby Babczyńskiego. Śmierdzą niczym lochy.

image

Będzie czytane.

Łukasz Kowalczuk, Rumia, 6.10.2014